fot. Marcin Chomicki

W Warszawie brakuje nowoczesnych realizacji pomnikowych. W ogóle nie rozwija się tutaj rzeźba pomnikowa, pomimo tego, że Warszawa ze swoją niejednorodną, a przez to fascynującą tkanką, jest wprost stworzona do eksperymentów. Dlaczego nadal dominuje tematyka martyrologiczno-historyczna? Czy jedynie bohaterowie wojenni i wieszcze zasługują na pomniki? Czy możliwy jest antypomnik? Dlaczego świeże i nowatorskie pomysły nie mają szansy przebić się do szerszej publiczności? Dlaczego nie powstał żaden pomnik będący ważnym wydarzeniem artystycznym, taki, który wpływałby na świadomość i emocje odbiorców - użytkowników przestrzeni publicznej?

Dzisiejsze miasta, w których żyje się w natłoku bodźców, wymagają od twórców i odbiorców innego podejścia do sztuki w przestrzeni publicznej w porównaniu z minionymi epokami. Dawniej miasta szczyciły się pomnikami wtopionymi w architekturę okazałych placów i pałaców. Były to przykłady myślenia w szerszym kontekście urbanistycznym, gdzie pomnik współgrał z otaczającą go przestrzenią miejską. Często jednak był podporządkowany znaczącej instytucji bądź ideologii rządzących. Przyjmował formę figury na cokole i w ten sposób stwarzał dystans między odbiorcą a obiektem. W takim układzie odbiorca mógł się czuć zdominowany, stawał się biernym uczestnikiem zmuszonym podziwiać najwyżej biegłość warsztatową artysty, rzadziej pomysł. Skoro wzorzec się przyjął, skończyło się nowatorstwo i poszukiwanie. W kwestii upamiętniania do dziś pokutuje to dziewiętnastowieczne myślenie, charakteryzujące się schematyzmem, realizmem, brakiem dynamiki. Upamiętnianie sprowadza się do wmurowania tablicy pamiątkowej lub wykonania figury. O wyglądzie pomnika decydują często upodobania urzędników i fundatorów, co powoduje przerażająco niski poziom obecnie powstających realizacji. Dodajmy lata niewoli, wojny i komunizm. Czy jednak te trudne i przygnębiające doświadczenia są wystarczającym wytłumaczeniem braku satysfakcjonujących realizacji?

To wszystko nie jest takie proste. Chcąc powalczyć o zmiany, być może należałoby zacząć od próby zdiagnozowania przyczyn takiego stanu i podjąć się analizy zjawiska upadku pewnych dobrych wzorców (bo były też i dobre wzorce - oprócz wielu nieudolnych realizacji powstało sporo ciekawych prac łączących w sobie architekturę i rzeźbę oraz nowoczesne myślenie o przestrzeni), które podpowiada rodzima sztuka z przeszłości, a które mogłyby być z powodzeniem kontynuowane bądź interpretowane. Na koniec, największą wartość miałyby propozycje kreatywnych, istotnych rozwiązań, które, wcielone w życie, pomogłyby ten stan rzeczy skutecznie zmienić.

Nie tylko cała procedura od gotowego już pomysłu do realizacji odbywająca się na zapleczach urzędniczych gabinetów, od oceny, interpretacji i zrozumienia idei, przez odpowiednie zaszufladkowanie projektu według urzędniczej kategorii, aż do podjęcia ostatecznej decyzji jest wadliwa i ograniczająca. Bez wątpienia najistotniejszym problemem jest stan świadomości decydentów. Tak się najczęściej składa, że zamiast profesjonalistów w danej dziedzinie projekty oceniają ludzie niekompetentni, mający niewiele lub też nic wspólnego z dziedziną sztuki, w której się poruszają, raczej nie swobodnie. Ale o złych procedurach i biurokracji była już w końcu mowa. Tak jak o konkursach, które miałyby zdaniem urzędników w jasny sposób wyłaniać zwycięzcę. Dodajmy - chyba tylko zdaniem urzędników, bo w rzeczywistości rzadko przeprowadza się konkursy, rzadziej w sposób profesjonalny, a jeszcze rzadziej wygrywa najlepszy projekt. Powiedzmy wprost: konkursy, w których jury zasiada przytłaczająca większość ludzi, poza których kompetencjami leży ocena projektu, nie mają sensu.

Kolejna strona w sprawie - odbiorcy - powinni być brani pod uwagę na etapie tworzenia projektu dla przestrzeni publicznej, gdyż są jej użytkownikami i oni w końcu zdecydują, czy przyjmują czy odrzucają dzieło - czy przejdą obok niego obojętnie czy też zatrzymają się urzeczeni pomysłem, nowo odkrytym znaczeniem. Oczywiście, głos opinii publicznej bywa ostatnią deską ratunku, albo głosem wołającego na puszczy, ale nie należy tego faktu przeceniać. Stąd już blisko do promowania idei, że opinia publiczna esemesowo załatwi wszystko. Można by się obawiać, że gdyby pozwolić odbiorcom decydować, doszłoby do głosu typowo polskie, niebezpieczne w istocie przekonanie, że oto wszyscy znają się na wszystkim. Nie wystarczy bowiem odczuwać, trzeba jeszcze mieć kryteria oceny, coś znacznie więcej niż "podoba mi się - nie podoba mi się".

Popularyzujmy sztukę w przestrzeni publicznej poprzez edukację i dyskusję. Nie da się podjąć dyskusji bez upewnienia się, czy aby na pewno posługujemy się tymi samymi kategoriami i czy stosowane przez wszystkie strony pojęcia znaczą dla wszystkich to samo. Więc redefiniujmy i weryfikujmy. Na pewno kluczowe pojęcia: przestrzeń publiczna, pomnik, sztuka w przestrzeni publicznej. Sztuka współczesna nie może być postrzegana przez pryzmat dziewiętnastowiecznych kryteriów ograniczających ją jedynie do estetyki lub poprawnego warsztatu. Zrobiliśmy kilka kroków naprzód, a więc w sztuce znajdują odbicie konsekwencje tych przemian.

Edukacja odbiorców sztuki w przestrzeni publicznej ma sens. Bezpośrednich odbiorców potencjalnych obiektów w przestrzeni publicznej, takich, których traktuje się na poważnie, bez ściemniania, że parady kolorowych zwierzaków tu i ówdzie to sztuka; którym oferuje się pytanie, wątpliwość, refleksję, nowe znaczenia, wartości czy obszary do indywidualnych poszukiwań, którym daje się szansę na współtworzenie dzieła, na interakcję, nie stawiając ich przed obiektem zamkniętym, skończonym, nie potrzebującym w zasadzie odbiorcy. Równorzędnym działaniem powinna być edukacja urzędników we wszystkich ciałach opiniotwórczych w obrębie struktur biurokratycznych naszego miasta, wciąganie ich w warsztaty, kursy, akcje artystyczne. I sugestia dla mediów - edukować pozytywnie - zamiast galerii pomyłek popularyzować galerie dzieł wybitnych. Zamiast maltretować odbiorców już i tak nadwerężonych koszmarnymi wizjami niektórych artystów wciągnąć ich w grę, zabawę, intelektualną zagadkę lub emocjonalną podróż. Zwykle nie docenia się odbiorców sztuki. Powinno się zatem dać im szansę - zaoferować porządną edukację i porządną sztukę w przestrzeni publicznej. Justyna Wencel i Marcin Chomicki

fot. Marcin Chomicki

 

 

... .........

 

 

©zor Wszelkie prawa zastrzeżone /All rights reserved